Poniedziałek
Już od godziny siedzę w ławce i się nudzę. Lucy jest chora. Gray ma wizytę u lekarza. Została mi tylko Erza, jednak wątpię bym się z nią dogadał. Nauczyciel postanowił zrobić sobie wolne. Mamy trzy lekcje pod rząd z tym straszydłem. Jego czarne włosy starczą ze wszystkich stron. Niespodziewanie wszedł do klasy. Czy przyciągnąłem go siłą woli? Wątpię. Podszedł do biurka i odchrząknął. Po chwili powiedział:
- W naszej szkole ostatnio została przeprowadzona wymiana międzyszkolna. Naszych nowych uczniów oprowadzać będzie- belfer zdjął okulary i jastrzębim wzrokiem przeszywał każdego- Natsu Dragoneel.
Kurde. Dlaczego ja? Erza jest przecież przewodniczącą. Nie było innych uczniów? Widząc przeszywające spojrzenie nauczyciela Mihawk'a, przytaknąłem. Do klasy wszedła banda nowych. Czterech chłopaków i dwie dziewczyny.No nie wierzę.Jeden dłubie w nosie. No nieźle jak striptizer się dowie z kim mam przez tydzień się opiekować, to padnie ze śmiechu. No po prostu świetnie. Westchnąłem. Na dodatek ten pajac od kopalni w nosie musiał usiąść obok mnie. Ja to mam pecha. Matematyka dłużyła mi się w nieskończoność. Zapisałem trzy strony w zeszycie różnymi szlaczkami i bochomazami. Niespodziewanie belfer zawołał mnie do tablicy. Tak to jest to czego potrzebuje. Kolejna jedynka na moim koncie. Po prostu kocham matmę. Szedłem jak skazaniec. Moja kara znajdowała się u celu. Jestem ciekawy co tym razem przeskrobałem. Na pewno z nikim nie rozmawiałem. Nie robiłem głupich min. Nic co mogłoby zwrócić uwagę nauczyciela. Belfer uśmiechał się (na swój szatański sposób). Podszedłem do tablicy i zacząłem rozwiązywać zadanie. W połowie zdenerwowałem się i narysowałem drzewo a pod nim kota. Cała klasa zczęła się śmiać. Zerknąłem na nowych i z ulgą dostrzegłem, że też się śmieją. Dobrze ,że znają się na żartach. Może jakoś wytrzymam ten tydzień. Od kary za mój wybryk wybawił mnie dzwonek. Podszedłem do nowych i powiedziałem:
- No hej. Jestem Natsu i to ja będę oprowadzał was po szkole. Wyczułem lekką irytację, kiedy smarki zignorowali mnie. Myślałem, że im przyłoże. No trudno starałem się. Odwróciłem się i dostrzegłem Erze, która czekała na mnie. Miałem dylemat. Zostać ze smarkami ignorującymi mnie czy dołączyć się do najstraszniejszej osoby w szkole. Westchnąłem. Nagle ,, kopalnia" dotknął mojego ramienia. Zdusiłem chęć wytarcia rękawa. Mimo wszystko uśmiechnąłem się. Chłopak powiedział:
- Jestem Luffy. To jest Zoro- wskazał na zielonowłosego chłopaka- Nami- ruda dziewczyna uśmiechnęła się- Ussop- chłopak miał na prawdę długi nos- Sanji - blondyn włożył ręce do kieszeni i zaczął przystawiać się do rudej- Robin- czarnowłosa nawet się nie spojrzała, czytała swoją książkę. Westchnąłem. To będzie długi tydzień. Nadal się uśmiechałem. Nagle przypomniałem sobie o czymś ważnym. Lunch ! Zaprowadziłem ich do stołówki. Wziąłem hamburgera i usiadłem przy swoim stoliku. Normalnie on jest wypełniony śmiechem blondynki, ostrzegawczymi spojrzeniami czerwonowłosej i latającymi koszulkami striptizera. Teraz jednak ich miejsce zajęły koty (Kopalnia, rudzielec, śpioch,kłamczuch, kobieciarz i kujon). No po prostu rewelacja. Kiedy miałem zacząć jeść, podszedł do nas ( najgorszy, najokrutniejszy, najgłupszy, frajer roku) Gajeel. Ja to mam farta. Chłopak walnął kopalnie i wyszczerzył się jak głupi do sera. Wiedziałem co to oznacza. Oddawajcie lunch. Westchnąłem. Wiedziałem ,że jeśli znowu wdam się w bójkę, to zawieszą mnie ma miesiąc. Mięśniak nadal patrzył się na mnie wyczekujaco. Co niby miałem zrobić? Oddać mu moje jedzenie i powiedzieć żeby się nim udusił? Nie doczekanie. Mój ojciec wraca dopiero za tydzień, a do tego czasu musze sobie jakoś radzić. Uśmiechnąłem się i powiedziałem:
- Nie wiem na co czekasz, ale zasłaniasz mi słońce.
Teraz niech myśli. Haha dobrze mu tak. Ocho już wrzucił trzeci bieg. Widać jak para z uszu mu leci.
- Dragoneel, uważaj sobie. Chyba nie chcesz wszcząć bójki?
Kopalnia wstała i uderzyła mięśniaka. Byłem w szoku. Od kiedy to koty zaczynały ze silniejszymi? Ze śmiechu spadłem z ławki. Myślałem ,że brzuch mi pęknie. Gajeel złapał mnie za koszulkę i pociągnął do góry. Zamachnął się i ( nieudolnie) próbował uderzyć mnie w twarz. Zrobiłem unik i bardzo szybko wyrwałem się. Kopnąłem osiłka w brzuch i zadałem mu prawego sierpowego w szczękę. Nie na darmo trenuje kickboxing przez sześć lat. W tym samym czasie pan Mihawk wszedł do stołówki. I jak by inaczej zobaczył mnie powalającego Gajeela. Ja to mam szczęście. Podszedł do mnie i złapał za ramię. Odwróciłem się z miną zbitego psa ( mina nr 354, muahahaha , zawsze działa na nauczycieli ) i zacząłem przepraszać. Niespodziewanie Ruda wstała i podeszła do nauczyciela, po czym poinformowała:
- Widziałam całe zajście. To ten chłopak zaczął- wskazała na Gajeela i uśmiechnęła się- Natsusan jest niewinny.
A to dobre. Ruda mnie broni. Tego jeszcze nie widziałem. Belfer pociągnął mnie ze sobą do gabinetu dyrektora. No i nie zjadłem swojego lunchu. Co za pech. Teraz muszę czekać do wizyty u blondi.
W gabinecie było strasznie nudno. Dyro gadał coś o moim niepoprawnnym zachowaniu i o tym ,że wezwie mojego tatę do szkoły ( oczywiście jak wróci ). Najlepsze spotkało mnie jak wyszedłem z gabinetu. Przed drzwiami stały koty. Mimowolnie uśmiechnąłem się. Kłamczuch gadał coś o swoich wybrykach. Kujonka czytała książkę. Ruda rozmawiała z kopalnią, a śpioch kłócił się z kobieciarzem. Skądś kojarzyłem tą scenę. No przecież. Pamiętam. Trzy dni temu Lucy czytała książkę, Erza rozmawiała z Jellalem, że Wendy mówiła coś o kotach, a ja kłóciłem się z Gray'em. Że też te koty tak bardzo przypominają mi moją paczkę. Westchnąłem. Nie mogłem dłużej wytrzymać w tej szkole. A propo szkoły od południa nie widziałem Erzy. Ciekawe co robi? Na pewno nie jest z Jellalem, ponieważ on złamał nogę i przez tydzień nie będzie mógł chodzić do szkoły. A Wendy? Pewnie jest gdzieś z swoją przyjaciółką Chelią. Już nawet nie wspomnę o stalkerce striptizera. Zmęczony szkolną nudą ruszyłem, zostawiając koty pod szkołą, do mojego ulubionego miejsca. Do domu Lucy.
Wtorek
Pierwsza lekcja była torturą. Pani Aquarius dała nam niezły wycisk na basenie. Nie czułem nóg ani rąk. Wlokłem się do szatni. Koty też miały wf, więc mogłem pokazać im całe wyposażenie sportowe. Ruda sprawiała najwięcej kłopotów. Za nic nie chciała wejść do wody tak samo jak kopalnia. Co oni z cukru są? No nie ważne. Następną lekcją miał być angielski. Mój ulubiony przedmiot ( ze względu na Lucy i nauczycielkę ). Pani Aries jest taka miła. Na jej lekcjach mogłem rysować. Może nie mówię o tym głośno, ale chciałbym być sławnym artystą, który wygrywa każdą walkę. Tak to jest to. No cóż marzenie ściętej głowy. W oddali zobaczyłem Virgo. Służąca Lucy. Co ona tu robi? Nie wie, że blondi leży w domu? Co za nieogarnięta kobieta. Podeszła do mnie i powiedziała:
- Witaj paniczu. Czy widziałeś może panienkę Lucy? Miała dać mi karę.
No nie,czy ja jestem informacją? Westchnąłem. Ta kobieta kiedyś doprowadzi mnie do szału. Wciąż powtarza o jakieś karze, ale czy ona zastanawiała się co zrobiła źle? Na pewno nie.
- Lucy leży w domu chora. Zapomniałaś?
Virgo ukłoniła się i odeszła. Spojrzałem za siebie. Koty stały i czekały ,aż zakończę rozmowę.
Druga lekcja skończyła się szybko. Nawet nie spostrzegłem kiedy zadzwonił dzwonek. Kopalnia wstał i ruszył do wyjścia. Byłem ciekawy gdzie pójdzie, przecież tej części szkoły jeszcze im nie pokazałem. Kopalnia skręciła w prawo, w stronę basenu. Co on wyprawia? Co za debil. On już miał wf. Szczerze mówiąc nie widzi mi się kolejne spotkanie z panią Aquarius. Zatrzymałem go i pociągnąłem w stronę biblioteki. Z planu wiedziałem, że mamy informatykę. Niespodziewanie na korytarzu wpadłem na Erze. Była uśmiechnięta, to rzadkość. Pewnie umówiła się w końcu z Jellalem. Współczuję mu. Podeszła do nas i łaskawie zakomunikowała:
- Dzisiaj są zapisy do kółek zainteresowań. Mam nadzieję, że macie już coś upatrzone.
Cholera, zapomniałem o tym. Muszę zaprowadzić ich do auli. Erza spojrzała się na mnie. Myślałem, że mnie zabije, za to niedopatrzenie.
- Wiesz, właśnie tam zmierzaliśmy.
Dziewczyna przytaknęła i odeszła do swojego stanowiska. Była w klubie szermierzy. Podobno załatwiła ich trenera jednym ciosem. Już jako nowicjuszka została ich kapitanem. Poszedłem do auli wraz z kotami. Odwróciłem się do nich i zapytałem:
- Jakie macie zainteresowania lub oczekiwania po klubach?
Pierwszy odezwał się śpioch.
- Klub szermierski. Jeśli jest.
Westchnęłam. Na pewno będzie miał przerąbane. Erza nie daje fory nawet nowym. Jest bezlitosna. Po za tym nie przyjmują byle kogo.
- Klub nawigatorski.
Ruda przynajmniej ma jakieś normalne zainteresowania. W tym klubie jest w miarę spokojnie.
- Klub strzelniczy.
Ahahaha. To dobre kłamczuch strzela. No nic i tak tam jest bezpieczniej niż u Erzy.
- Klub kucharski.
Kobieciarzowi na gotowanie się zebrało. No cóż jedyną raną jaką tam odniesie to poparzenie.
- Klub książki.
Kujonka ma najbardziej normalne zainteresowanie. Uśmiechnąłem się. W tym klubie jest Lucy i jej przyjaciółka Levy. Będą miały o czym porozmawiać.
- A ja chciałbym...
Kopalnia nie dokończył bo skoczyła na niego czarnowłosa dziewczyna. Była całkiem ładna. Kiedy odwróciła się, przeraził mnie fakt, że ona nienawidzi chłopaków. Była to Boa Hancock. Zadowała się z samymi dziewczynami. Nie zaszczyciła ani jednego chłopaka swoim ,, zniewalającym" spojrzeniem. Dziewczyna pociągnęła Luffyego ze sobą. O rany pierwszy raz wymówiłem jego imię. Chyba mięknę. No cóż zostali mi jeszcze pozostałe koty. Uśmiechnąłem się i powiedziałem:
- Najpierw pójdziemy do klubów dziewczyn. Na koniec zobaczymy klub szermierski.
Po godzinnych zapisach, w końcu staliśmy przed salą, której używali szermierzy w naszej szkole. Wszedłem do środka i zobaczyłem Erze w zbroi. Zadrżałem. Wyglądała strasznie. Spojrzałem się na śpiocha. Uśmiechnął się. Do czasu. Erza nauczy go pokory. O nie dostrzegła mnie. Dziewczyna ruszyła w naszą stronę. Uśmiechnęła się i powiedziała:
- Który z was chce dołączyć do tego klubu?
- Ja.
Zoro podniósł rękę i wyszedł z szeregu stając twarzą w twarz z demonem, to znaczy Erzą. Współczułem mu. Jeszcze nie było osoby, która chociażby dotrzymała kroku Erzie. Chłopak uśmiechnął się i podszedł do mieczy. Wybrał trzy całkiem spore katany. Erza i Zoro weszli na mate i stanęli w pozycjach bojowych. Mierzyli się wzrokiem. Żadno z nich nie miało zamiaru przegrać. W końcu pierwszy zaatakował Zoro. Erza walnęła mieczem w głowę chłopaka, a ten padł na mate. Zoro wstał i krzyknął:
- Jakim cudem?! No nic będę trenował tak długo, aż cie pokonam!
Wyszedłem z sali niemalże na czworakach. Wiedziałem ,że Erza pokona kota, ale żeby tak szybko. Śmiałem się jeszcze dobre pół godziny. No nic idę do Lucy.
Środa
Rano przed szkołą zobaczyłem koty czekające na mnie przed drzwiami. Nadal były trochę zagubione. Podszedłem do nich i już miałem się z nim przywitać, kiedy usłyszałem znajomy głos. Odwróciłem się i dostrzegłem Graya. Jak zwykle chodził bez koszulki. Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i pomachałem mu. Chłopak podszedł do nas bardzo szybko. Kiedy zobaczył koty, zaczął sie śmiać.
- Od kiedy jesteś kocią mamusią Dragoneel?
Chciałem mu przywalić. Tak na dzień dobry, jednak przypomniałem sobie słowa pana Mihawk'a. Jeszcze jeden taki wybryk, a zawiesze cie na miesiąc. O rany co za kara.
- Ja przynajmniej się nie rozbieram gołodupcu.
Chłopak spojrzał w dół i zobaczył, że stoi w samych bokserkach.
- Co? Gdzie? Jak? Kiedy?
Myślałem, że się po płacze ze śmiechu. Striptizer zaczął szukać swoich ubrań po całym placu. Wyglądało to komicznie. Tym bardziej, że ścigała go Erza i pani Alvida. Koty również się śmiały. Szkoda, że zadzwonił dzwonek. Ta szopka mogła trwać cały dzień.
Po lekcjach spotkałem się z kotami, Grayem i Erzą w knajpie, gdzie zawsze przebywałem z przyjaciółmi. Spojrzałem na striptizera i zauważyłem ,że nie ma koszulki. Zaczepnie zapytałem się go:
- Gdzie są twoje ubrania, Gray?
Chłopak spojrzał w dół i wykrzyknął:
- Co? Gdzie? Jak? Kiedy?
Ten jego nawyk strasznie mnie śmieszy. Chłopak zaczął szukać ubrań. W tym czasie Erza wygłaszała monolog o mieczach. Tylko Zoro słuchał jej wypowiedzi. Widać było ,że naprawdę chce pokonać naszego ,, demona". Spojrzałem na Graya i myślałem ,że pęknę. Juvia trzymała jego ubrania i żądała pocałunku za nie. Chłopak natomiast był cały czerwony. Nagle ktoś szturchnął mnie. Odwróciłem głowę i oberwałem w nos. Otarłem go i zobaczyłem ,że krwawie. Spojrzałem na gościa. Był to Gajeel.
- Stary, czemu mnie uderzyłeś?
Chłopak podszedł do mnie grożąc mi.
- To było za wczorajsze. Teraz oberwiesz jeszcze mocniej. Nie ma tu nikogo kto mógłby cię obronić.
Mięśniak zamachnął się. Złapałem jego rękę i uderzyłem go w brzuch. Następnie kopnąłem w żebra i wykręciłem mu rękę za plecy po czym powiedziałem:
- Raczej ty oberwiesz. Wiesz ,że jestem mistrzem w walce wręcz.
Chłopak skulił się i przeprosił. Byłem z siebie dumny. Gdyby Lucy tu była na pewno inaczej bym to załatwił. Ona brzydzi się przemocą. Po udanym wypadzie na miasto, ruszyłem w stronę domu. Cieszyłem się z faktu, że jutro Luce wraca do szkoły. Moja paczka przyjaciół znów się zbiera.
Czwartek
Pełen energii wkroczyłem na plac szkolny. Koty jak zwykle stały przed drzwiami. Erza rozmawiała z panią Alvidą na temat tegorocznego festiwalu, a Gray całował się z Juvią.Rozejrzałem się za Lucy. Dziewczyna siedziała pod drzewem i czytała. Obok niej stał Loki próbując się z nią umówić. Jak zwykle bez skutku. Cieszyłem się, że w końcu Luce wyzdrowiała. Złapała jakieś przeziębienie na pogrzebie ojca. Teraz jej wujek Buggy się nią zajmuje. Podszedłem najpierw do Lucy. Koty mogą poczekać. Z uśmiechem na twarzy przywitałem się. Za nim zdążyła cokolwiek powiedzieć zaprowadziłem ją w stronę kotów.
- Słuchajcie, to jest Lucy.
Kopalnia robił to co umiał najlepiej, dłubał w nosie. Ruda rozmawiała z kujonką. Śpioch był nieobecny. Kłamczuch opowiadał o swoich przygodach, a kobieciarz przystawiał się do Luce. Walnąłem go. Nie miałem już do niego sił. Na moje nieszczęście pan Mihawk wszystko widział.
- Natsu Dragoneel, do dyrektora. No po prostu świetnie. Lucy dopiero co wróciła, a ja muszę już iść do dyrka. Nie mogłem wymarzyć lepszego początku dnia. Spojrzałem na Graya i z satysfakcją zauważyłem ,że nie ma na sobie ubrań. Uśmiechnięty od ucha do ucha krzyknąłem:
- Gray, ubrania!
Chłopak oderwał się od swojej dziewczyny i spojrzał w dół.
- Co? Gdzie?Jak? Kiedy?
Chłopak zaczął szukać ubrań. Juvia była tak czerwona, że ciężko można było odróżnić bluzkę od skóry. Zdecydowanie polepszył mi się chumor.
W gabinecie dyrektora panował półmrok. Nie wiem jak on może to wytrzymać. Dyrektor Shanks spojrzał na mnie po czym powiedział:
- Zonowu robisz problemy Dragoneel. Tym razem chodzi o bójkę z naszym nowym uczniem. Czy ty w ogóle myślisz?
- Z tym może być problem. Mój mózg dawno tak nie pracował jak przez ten tydzień.
Uśmiechnąłem się. Wiedziałem ,że dyrektora nie łatwo zdenerwować. Przeważnie śmiał się z moich żartów, jednak dzisiaj był śmiertelnie poważny. Otworzył drzwi i zaprosił kogoś do środka. Był to mój wujek, Gildarts. Spojrzał na mnie ze smutkiem. Podszedł do mnie i położył mi rękę na ramieniu po czym powiedział:
- Twój ojciec nie żyje.
Nie mogłem w to uwierzyć. Czyżby pan Mihawk specjalnie wysłał mnie do dyrektora, by ten przekazał mi tak tragiczną wiadomość? Nie możliwe. Przecież obiecał ,że wróci. Mieliśmy razem pojechać na zawody w karate. Mieliśmy tyle planów. Mimo wszystko łzy kapały mi z policzka. Byłem twardy, jednak do czasu.
- Pogrzeb jest w niedzielę. Jeśli chcesz możemy przydzielić kogoś innego do opiekowania się nowymi.
Spojrzałem na dyrektora. Wydawał się być jeszcze bardziej poważny. Otarłem łzy i powiedziałem:
- Wytrzymałem z kotami trzy dni. Dam radę jeszcze się z nimi użerać. Jak coś to walne i po krzyku.
Uśmiechnąłem się. Nadal byłem smutny, jednak wiedziałem ,że muszę żyć dalej. Wiedziałem co czuła Lucy po stracie rodziców. Nie chciałem przez to przechodzić. Wolałem zapomnieć. Będzie to bardzo trudne.
Wyszedłem z gabinetu uśmiechnięty. Dobrze zrobiłem uśmiechając się, ponieważ koty i moi przyjaciele stali na korytarzu. Blondynka pomachała mi bym do nich dołączył. Z radością to zrobiłem. Potrzebowałem ich teraz.
Po całym dniu byłem wykończony.Nie miałem ochoty na nic. Lucy siedziała obok mnie i czytała. Po chwili spojrzała na mnie i zapytała:
- Co dzisiaj się stało? Tylko nie próbuj mnie okłamać.
Westchnąłem. Ona zna mnie najlepiej. Nic się przed nią nie ukryje.
- Mój tata nie żyje.
Blondynka upuściła książkę na podłogę i zakryła dłonią usta. Po chwili przytuliła mnie. Czułem bicie jej serca. Była moją najlepszą przyjaciółką.
Piątek
Nareszcie ,ostatni dzień niańczenia kotów. Uśmiechnąłem się. Lucy zachowywała się tak jakby nasza wczorajsza rozmowa nie istniała. Byłem jej za to wdzięczny. Niespodziewanie ktoś mnie walnął. No bez jaj. Co ja takiego robie tym ludziom, że nonstop mnie biją? Odwróciłem się i zobaczyłem Elfmana. Świetnie, jeszcze jego mi brakowało.
- Jeśli jesteś mężczyzną, walcz. Skrzywdziłeś moją siostrę, więc nie wybacze ci tego.
Co niby tym razem zrobiłem Lisannie? Wspominała ostatnio o randce, ale ja się nie zgodziłem. Może o to chodzi? Walnąłem go i odszedłem. On zawsze robi wielki szum, ale bić się nie umie. Lucy spoglądała na mnie tym swoim złowrogim spojrzeniem. Wiedziałem już o co chodzi, uderzyłem go. Tak wiem przemoc. Czasami nie udaje mi się inaczej załatwiać spraw. Naprawdę byłem zmęczony. Nie wiedziałem co mi jest. Nagle nogi przestały mnie słuchać. Upadłem. Potem zobaczyłem tylko ciemność. No przecież wziąłem wczoraj dwadzieścia tabletek na sennych. Więc tak wygląda śmierć. Już idę do ciebie tato.
Oneshot zamówiony przez Sandre. Mam nadzieję, że sprostałam. ;) proszę o zostawienie komentarzy . Dzięki
Hm.....czyli Natsu nie żyje.....jak dla mnie git ^^ nie no.....żartuje....XD ale jak mogłaś???????????? Dlaczego?!? Pytam się DLACZEGO?!?!?! Jak Zoro mógł przegrać...no wiesz....wstydziłabyś się...ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło notka była git ^^
OdpowiedzUsuń